Przeskocz do treści

#TEST | Mitsubishi Outlander | 3.0 GT

Nie pamiętam kiedy ostatni raz jeździłem wolnossącą V-szóstką z Japonii. Dziwnym trafem, na tydzień przed wylotem do Polski, Mitsu zaproponowało mi do testu Outlandera w wersji GT z motorem V6…

O ile Outlander sam w sobie to przeciętny pojazd, o tyle z widlastą szóstką pod maską zapunktował u mnie za niesamowitą kulturę pracy i dźwięk silnika. Niezrozumiały jest jednak deficyt mocy – 224 konie z 3-litrowej, widlastej szóstki. Serio? Coś takiego przeszłoby dwie dekady temu, a nie w 2017 roku. Sytuację niejako ratuje fakt, że motor sparowano z konwencjonalną 6-biegową skrzynią automatyczną. Co prawda przekładnia ta nie lubi się przemęczać, lecz wolę ją niż jakiekolwiek CVT. A co ze spalaniem? 12 litrów na setkę w cyklu mieszanym (jak na 7-miejscowego suva z V6) uważam za wynik fenomenalny.

Kolejnym elementem podkreśaljącym zrelaksowany charakter Outlandera jest jego układ jezdny. Kabina jest rewelacyjnie odizolowana od otoczenia, a zawieszenie świetnie wybiera nierówności (chociaż nie lubi tych krótkich i poprzecznych). Ogromne przełożenie układu kierowniczego dokucza szczególnie w mieście i podczas manewrówki na parkingu. Czasem trzeba sporo nakręcić się kierownicą!

Wnętrze wykonano z materiałów o przeciętnej jakości, jednak wszystko solidnie spasowano. Pomimo braku podparcia odcinka lędźwiowego, przednie fotele są niezwykle wygodne i całkiem nieźle trzymają w zakrętach. Tylną kanapę można regulować w dwóch płaszczyznach a 3 rząd siedzeń… po prostu jest. Foremny bagażnik ma 490 litrów pojemności, a próg załadunkowy właściwie nie istnieje.

Outlander to bez wątpienia propozycją dla bardziej konserwatywnej klienteli – samochód jest stonowany, komfortowy i niezwykle łatwy w obsłudze. Jego charakter trafia w gusta wielu osobom… tylko nie mi. Z drugiej strony, cieszę się, że mogłem na nowo zasmakować starej, japońskiej motoryzacji.

Kategorie

#TEST