Przeskocz do treści

#TEST | Kia Niro | 1.6 GDi Hybrid

 

 

 

Elektryfikacja w motoryzacji jest nieunikniona – prędzej czy później, zmuszeni będziemy przesiąść się do samochodów elektrycznych. Zanim jednak to się stanie, producenci przyzwyczają zarówno siebie, jak i nas do nowego rozdziału w historii motoryzacji tworząc samochody o napędzie hybrydowym.

Kia Niro jest jednym z takich aut, aczkolwiek ciężko go sklasyfikować, jeśli chodzi o segment. Czy to zwykły hatchback? A może małe kombi? SUV? Najbardziej trafnym określeniem będzie chyba crossover. Jednak nie to jest najważniejsze – liczy się to, że Niro nie wygląda tak tragicznie jak Toyota Prius, tylko jak normalny samochód. I chwała dizajnerom za to.

Pochwały należą się również inżynierom – skonstruowali oni bowiem układ hybrydowy, który nie męczy zarówno podczas jazdy w mieście, jak i w trasie. W skład systemu napędowego wchodzi wolnossąca jednostka benzynowa z wtryskiem bezpośrednim o pojemności 1.6 litra i mocy 105 KM oraz 43-konny motor elektryczny.  Sumaryczna moc układu napędowego to 141 koni. Całość sprzęgnięto z 6-stopniową dwusprzęgłową przekładnią, która szybko i płynnie zmienia biegi, chociaż miewa momenty zawahania i zdarza się jej “przytrzymać” samochód na biegu.

Oba motory bardzo dobrze ze sobą współpracują i zmiana sposobu napędzania auta jest właściwie niezauważalna. Komora silnika jest nieźle wyciszona, a sama jednostka pracuje bardzo kulturalnie, nie generując wibracji. Niestety Niro nie oferuje możliwości podróżowania w trybie czysto elektrycznym. To znaczy, jeśli bardzo ostrożnie operujemy pedałem gazu, uda nam się przejechać do 2 km w trybie bezemisyjnym, jednak w przeciwieństwie do hybryd oferowanych przez Toyotę, niemożliwością jest wymuszenie jazdy w trybie elektrycznym.

Zawieszenie. Jest ono dosyć sztywne, jednak jazda po nierównościach nie męczy. Inżynierowie muszą jednak popracować nad układem kierowniczym, który zdaje się być odizolowany od przedniej osi. Mimo tego, iż ekologiczne hybrydy rzadko kiedy kojarzą się z dynamiczną jazdą, to jędrny układ jezdny Niro wręcz do tego zachęca. Gdyby stery dawały więcej feedbacku, byłbym wniebowzięty. Hamulce także nie są idealne i wymagają przyzwyczajenia – pedał trzeba zdecydowanie mocniej wciskać w porównaniu do większości samochodów dostępnych na rynku.

Wnętrze auta wykonano bardziej niż przyzwoicie. Spasowanie wszystkich elementów stoi na bardzo wysokim poziomie, a materiały użyte do wykończenia są zadowalające. Ciekawostką jest możliwość ustawienia układu ogrzewania i klimatyzacji tak, aby powietrze było kierowane jedynie na kierowcę – celem zaoszczędzenia energii. Mądre i ciekawe posunięcie. Kia Niro jest zaskakująco pojemnym samochodem. Siedząc sam za sobą, mam więcej miejsca na nogi i nad głową niż w swoim Volvo S60! Pojemność bagażnika wynosi 356 litrów, a po złożeniu oparć wzrasta ona do 1354 litrów.

Nie jest to jednak samochód pozbawiony wad. O pierwszej z nich napisałem wyżej – jest nią brak wymuszenia jazdy w trybie elektrycznym. Ponad to, nie rozumiem dlaczego producent nie zdecydował się na użycie ledowych reflektorów, zamiast nich mamy do wyboru reflektory soczewkowe lub ksenony. Nie dość, że ledy są one bardziej oszczędne, to jeszcze lepiej oświetlają drogę. Mam nadzieję, iż zmieni się to w poliftowym modelu.

Nigdy nie byłem orędownikiem hybryd. Kia, której, mimo swojego rodowodu, bliżej do marek europejskich, niż azjatyckich zaprojektowała hybrydę iście dla kierowcy – tym samochodem chce się jeździć. Za rozsądne pieniądze (ceny zaczynają się od 88 900 zł) dostajemy praktyczny i oszczędny samochód, który prowadzi się przyjemnie i przyzwoicie wygląda.

Kategorie

#TEST